Dolomiti Extreme Trail
Dolomiti Extreme Trail – dosłownie extreme
Przerwa w pisaniu długa bo biegałem raz w Alpach we wrześniu w poprzednim roku ale bieg w sumie był jak dla mnie nie udany ( organizacyjnie), że już nawet go nie opisałem. Za to udało mi się wejść na najwyższy szczyt w Słoweni – Triglav – co chętnie opiszę. Ale tym razem na gorąco chciałem opisać przeżycia z ostaniego biegu.
W dolomitach biegałem już 2 razy, góry przepiękne, zarówno latem jak i zimą. Jednak od razu zaznaczę że zimowe ‘widoki’ to zupełnie coś innego. Tu nie jedziesz sobie kolejeczką w górę i tyle! Trzeba się gdzieś wyżej dostać na nogach! Wrażenia i widoki w czasie przemieszczania się pieszo są zupełnie inne. Dla mnie jedyne w sobie.
Start o 22.00. Ciemno. Lubię taką porą startować ponieważ ze świeżą głową celujesz w noc i czekasz do świtu. Zdecydowanie po latach startów taka pora startu najbardziej mi odpowiada.
3 km asfaltem – no po prostu coś co uwielbiam. A z racji że wystartowałem na końcu stawki to jakoś od razu zacząłem przeć do przodu. Pierwsze podejście. Błąd taktyczny szybko się zemścił. Niestety utknąłem we wspinaczkowym korku. Nie mogłem wejść w swój rytm, a to za wolno a to chciałem wyprzedzić a to zryw i tak cały czas przez kika dobrych kilometrów. Gdzieś w ciemnościach zamajaczył pierwszy punkt z wodą. Dalej w górę. Na szczęście było ciepło. Same rękawki starczyły. Kurtka zaginęła gdzieś z tyłu w plecaku i nie musiałem jej wyciągać przez całe zawody.
Ku mojemu zaskoczeniu znaczna część trasy przebiegła w warunkach leśnych, z korzeniami i błotem. W sumie nie było jak w ‘rasowych’ alpach czyli kamienie i kamyczki. Zbiegi po wilgotnych korzeniach były naprawdę niebezpieczne, za to jak były kawałki trasy nachylone mniej - mogłem przyspieszyć. Okazało się że nasze lasy trójmiejskie właśnie do tego mnie przygotowały.
Już ptaki zaczynały śpiewać, więc wiedziałem że zbliża się świt. Czas leciał szybko a kilometry nie. Podejście na 35-tym kilometrze było mordercze. Na 2 kilometrach prawie 500 m w górę. Naprawdę stromo! Za to nagroda była zacna! Świt zastałem na tym podejściu z niesamowitymi widokami.
Przemierzałem kilometry ze wspaniałymi widokami z gruzem pod nogami. Ten moment do 50 – tego kilometra był nawet łatwy. Słońce wznosiło się coraz bardziej i temperatura rosła a przede mną .. podejście stokiem narciarskim. No w górach często to się zdarza ale wszystko zależy od pogody i jak to znosisz. Gdy słońce pali ci głowę a pot leje się po okularach przeciwsłonecznych to szybko mija ci euforia. Czekasz na koniec podejścia z każdym krokiem. Na las, na cień, na wodę, na przerwę. Myślisz że zaraz umrzesz, że nie dasz rady. A jednak.. zbieg.. też po stoku. Ten moment kiedy palą Cię podeszwy. Tak. Nie nogi, nie kolana, podeszwy!! Przepak..
Stopy ogarnięte, jedzenie, picie, suple, humor dopisuje, energia wraca.. już mniej niż więcej. Start! Liczysz każdy kilometr do kolejnego punktu. Nagrodę masz co chwilę w postaci niesamowitych widoków. Ból kolan, czworogłowych, palców nie istnieje.. po prostu go nie ma. Ty.. góry.. wysiłek..
Na kolejnym punkcie była kawa!!! Tak pierwsza kawa na całym biegu. Byłem w szoku że kawy nie było nawet na tak dużym punkcie z przepakiem. Po 20 min miałem wrażenie że kofeina jest nawet w moich oczach.
Początkowo myślałem że bieg zajmie mi 20-22 h, ale musiałem to skorygować. Podejścia i zbiegi niektóre były wybitnie technicznie trudne. W pewnym momencie dotarło do mnie że chyba jakoś żle przeliczałem kilometry, że mój zegarek coś źle liczy. Pytam się biegacza którego dogoniłem – ile ma km.. i mówi że 75.. kurde to tyle co u mnie. A ja myślałem że mam za sobą około 68 km. Ale mi się humor poprawił!! No to ta górka i już TYLKO 20 km do mety.
Dotarłem na jakiś kolejny szczyt. 80 – ty kilometr. Może nie był za wysoki – coś okołó 2000 mnpm – ale widok jakiego nigdy nie zapomnę. Koło 360 stopni które na długo utkwi w mojej głowie. W każdą stronę niesamowity. Prawie cały wyścig widzisz kilka słynnych masywów m.in. . Monte Pelmo, Monte Civetta. Nagranie, fotki i ogień.
Przedostatni punkt i przede mną ostatnia wspinaczka. Była łagona, powolna, krok po kroku pod górę. Zbieg za to z 3 tablicami ‘antenzione’.. nie bez powodu. Mega niebezpiecznie na tak zmęczonych nogach.. a w głowie. Moje buty, które już praktycznie nie mają przyczepności. Może nawet nie że się bałem ale do komfortu daleko.
Mały punkcik z wodą – ale się nie zatrzymałem. Trasa przecinała wyschnięte koryto rzeki i do lasu pod górkę. Nie. To nie było pod górkę.. to jakaś masakryczna wspinaczka po liściach i śliskim podłożu. Ten poprzedni zbieg tak dał mi w kość że musiałem się zatrzymać, zebrać siły.
Na ostatnich 10 km jakby trasa złośliwie zaplanowana, owszem, nadal widoki przepiękne ale Twoja głowa jest już gdzieś tam na mecie. Widzisz miasteczko i wiesz że to tam, ale nie, trasa nie idzie prosto do celu. Trochę w dół i znowu w górę i znowu w dół i w górę. Serio?
Końcowe kilometry po asfalcie, łąkch i w końcu w miasteczku – meta!!!
Super bieg. Trasa bardzo trudna i wymagająca. Dobrze zorganizowany, oznaczony. Na punktach właściwie niczego nie brakowało. Mi trochę tak – kawy i arbuza. Poza tm ok.
Ukończyłem bieg z czasem 21h59 min ( he – tak jak zakładałem) , miejsce 94 na 500 startujących. Ale połowa zawodników zeszła z trasy..
Być może wrócę na ten bieg bo trasa jest po prostu ładnie poprowadzon, wymagająca ale ładna. Alpy o tej porze ogólnie bardzo dostępne. Byłem na kilku wycieczkach i naprawdę nie spotkaliśmy nikogo. Fenomen naszych Tatr jest tym bardziej dla mnie niezrozumiały, tłum, zgrzyt i janusze w klapkch. Tu jesteś sam. Ty i góry. Polecam przemieścić się autem czy samolotem i zwiedzać ten rejon bo naprawdę nie ma żadnych rozpraszaczy i przeszkadzaczy. A widoki. Nieziemskie. Tatry są piękne.. ale to małe góry.
Pozdrawiam Was!!

Komentarze
Prześlij komentarz